Główna > Unitarianizm > Filozoficzna nie-konieczność Trójcy - II.

Filozoficzna nie-konieczność Trójcy - II.

21 grudzień 2014

Druga część polemiki z poglądem o konieczności istnienia wielosobowego Boga miłości.

____________________________________________________________________________________________

Moja odpowiedź na część opracowania Jarosława Zabiełły zatytułowaną “Filozoficzna konieczność Trójcy” spotkała się z repliką autora, którą przeczytać można na jego witrynie klikając tutaj. Chciałbym obecnie ustosunkować się pokrótce do tejże odpowiedzi.

 

Kwestia definicji.

 

Pierwszym zarzutem postawionym mi przez Zabiełłę jest niepodanie przeze mnie żadnej definicji miłości. Pisze on:

 “Na początek autor zanegował (podaną w niniejszym opracowaniu) definicję twierdząc, że miłość nie jest relacją, związkiem w którym jest wymagane istnienie drugiej osoby. Dziwne jest to, że autor nigdzie nie wyjaśnia co jego zdaniem należy rozumieć przez słowo miłość. Skoro bowiem ktoś podważa słuszność jednego rozumowania, to wydaje się, że powinien przedstawić jakieś swoje zrozumienie.”

Nie jest to konieczne. Istnieją dwa sposoby obalania danych twierdzeń - negatywny i pozytywny. Pierwszy polega na wykazaniu błędnych wniosków wyciąganych przez jakieś osoby/osobę bez potrzeby przedstawiania własnej teorii (jako zaangażowany kreacjonista, JZ powinien to wiedzieć chociażby z powodu nieustannego stosowania tej metody przez wyżej wymienioną społeczność w polemikach z teorią ewolucji). Drugi sposób związany jest z przedstawieniem i udowodnieniem własnej teorii, konkurencyjnej w stosunku do prezentowanej przez oponenta. Bywa to równoznaczne z obaleniem poglądów adwersarza. Aby jednak ułatwić Zabielle zrozumienie mojego pojmowania miłości, przedstawię je w sposób następujący: definiuję miłość jako dobrą wolę danej osoby działającą w kierunku innych osób lub osoby własnej, jak również w kierunku nieosobowych zasad (przy czym obiektem miłości mogą być zarówno zasady złe - Ps. 109:17, jak również dobre - Hebr. 1:9, 2Tes. 2:10) . Przez dobrą wolę w stosunku do własnej osoby rozumiem pragnienie zaspokojenia jej potrzeb duchowych i materialnych (bezpieczeństwa, pożywienia, wypoczynku itd.). Argument jaki przedstawiam na poparcie tej tezy został już zacytowany w poprzedniej części, teraz powtórzę go ponownie cytując słowa Jezusa z ewangelii Łukasza:

 

Łk 10:27

27. On rzekł: Będziesz miłował (agapeseis) Pana, Boga swego, całym swoim sercem, całą swoją duszą, całą swoją mocą i całym swoim umysłem; a swego bliźniego jak siebie samego. (BT)

 

Jarosław Zabiełło cytując list do Efezjan 5:28,29 neguje wartość tego argumentu w sposób następujący: 

 

Ef.5:28-29 BW 

“Tak też mężowie powinni miłować żony swoje, jak własne ciała. Kto miłuje żonę swoją, samego siebie miłuje. Albowiem nikt nigdy ciała swego nie miał w nienawiści, ale je żywi i pielęgnuje, jak i Chrystus Kościół”

“Jak widać, w języku jakim posługuje się Biblia, określenie aby miłować drugą osobę “jak siebie samego” jest zwrotem idiomatycznym oznaczającym praktyczną troskę o drugą osobę.. Kto miłuje swoją żonę, ten… miłuje siebie samego.”

 

Przyznam, że traktuję taką argumentację jako raczej mało inteligentny wykręt. Nie słyszałem o żadnym uczonym z zakresu greki bądź hebrajskiego, który twierdziłby, iż zwrot “jak siebie samego” jest idiomem. Dla wyjaśnienia podaję definicje idiomu zaczerpnięte z dwóch źródeł:

 

“… wyrażenie, zwrot (czasem pojedynczy wyraz) właściwe tylko danemu językowi, nie dające się przetłumaczyć dosłownie na język docelowy” - Słownik Języka Polskiego, PWN, Warszawa 1978, str. 768.

“…związek wyrazowy właściwy tylko danemu językowi, nieprzetłumaczalny dosłownie na inny język” - Władysław Kopaliński, Słownik Wyrazów Obcych i Zwrotów Obcojęzycznych, Wiedza Powszechna, Warszawa 1983, str181.

 

Co jest takiego w wyrażeniu ‘jak siebie samego’ (gr. hos seauton) co jest “nieprzetłumaczalne dosłownie na inny język”? Na jaki podręcznik języka greckiego powołuje się JZ twierdząc, iż wyrażenie hos seauton jest idiomem? Który lingwista sugeruje coś podobnego? Jakie Zabiełło znalazł przykłady w grece pozabiblijnej, które popierałyby jego tezę? Który przekład biblijny oddaje słowa hos seauton niedosłownie? Na jakie zasady noematyki powołuje się Zabiełło odmawiając uznania dosłownego sensu tego wyrażenia?

Fragment listu do Fragment z Listu do Efezjan, na którym mój adwersarz próbuje budować swą argumentację, w rzeczywistości ma się zupełnie nijak do udowadniania idiomatyczności wyrażenia „jak siebie samego”. Cała myśl apostoła Pawła zasadza się na podobieństwie relacji z jednej strony między Jezusem jako Głową, a Kościołem jako Jego Ciałem, z drugiej zaś do relacji między mężem (głową niewiasty) a jego żoną (ciałem męża). Zarówno w pierwszym (Jezus - Kościół) jak i w drugim przypadku (mąż - żona), ani Kościół ani też żona nie jest w dosłownym znaczeniu ciałem Jezusa/męża. Jednakże na bazie naturalnej miłości do samego siebie Paweł zbudował analogię miłości Jezusa do Kościoła i męża do żony. Parafrazując Paweł pisze: ‘tak jak naturalną jest sprawą, że dbacie o samych siebie, o własne ciała, tak samo naturalną rzeczą powinno być dbanie o własne żony. Albowiem mówiąc językiem symbolicznym: wy jesteście Ciałem Jezusa, one zaś są ciałem waszym. Wasz związek między wami a żoną posłużył Bogu jako typ/obraz relacji jakie zachodzą pomiędzy Jezusem, waszą Głową - a wami. Dlatego, tak jak Jezus o was dba, a dba tak jak o samego siebie, tak samo wy dbajcie o wasze żony’. O żadnych idiomach nie ma w tym tekście mowy. Argumentacja Jarosława Zabiełły jest niestety dość typowym przykładem nierzetelności niektórych trynitarian.

Zabiełło pisze, iż “nie wykazałem, iż Biblia naucza o miłości w oderwaniu od relacji do drugiej osoby”. Obawiam się, że niestety jest to typowe myślenie życzeniowe. Tekst podany przeze mnie naucza jasno: mamy tak miłować bliźnich jak miłujemy samych siebie. Słowa Jezusa zakładają miłość do samych siebie i są jednoznaczne. Jest to widoczne dla każdego uważnego czytelnika. Dodatkowo przytoczone wcześniej teksty z Psalmu 109:17 czy też Hebr. 1:9 oraz 2Tes. 2:10 jasno nauczają, iż miłość może być skierowana także na obiekty nieosobowe, zarówno złe jak i dobre, w tym przypadku odnosi się to do „przekleństwa”, „sprawiedliwości”, oraz „prawdy”. Jest to najzupełniej zgodne z naszą intuicją językową ponieważ w naszym codziennym życiu spotykamy się z takim właśnie stosowaniem tych pojęć.

Innym pośrenim sposobem wykazania, iż Biblia naucza o właściwej miłości do samych siebie jest Złota Reguła: “wszystko, cobyście chcieli aby wam ludzie czynili, to i wy im czyńcie” (Mat. 7:12). Pragniemy dla siebie dobra i jest to bezsporny fakt. Świadczy o tym zarówno Biblia jak i nasze życiowe doświadczenie. Jarosławowi Zabielle miłość do siebie kojarzy się jedynie z egocentryzmem bądź z egoizmem. Owszem, każda cecha czy też przymiot charakteru może być nienaturalnie przesadzony bądź skierowany nie na ten obiekt, na który powinien. Jednak zdrowa miłość do samych siebie jest wpisana w naszą osobowość przez samego Boga i nie musi to być rzecz zła sama w sobie. Jedynie jej nadmierne skierowanie na własną osobę może prowadzić do egoizmu i narcyzmu.

 

Kwestia założeń.

 

Zarzut przedstawiony Zabielle w pierwszej części mojej polemiki zbudowany był na zakwestionowaniu słuszności jego założeń. Autor bowiem argumentował, iż skoro Bóg jest miłością, a miłość przejawia się tylko w relacji do innej osoby, zatem Bóg musiał być mnogi już przed stworzeniem świata. Zaoponowałem podając przykład nienawiści Boga do zła i posiadania przez Boga atrybutu miłosierdzia. Zarówno nienawiść do zła jak i miłosierdzie przejawia się bowiem jedynie w relacji do kogoś/czegoś co jest złe lub co wymaga miłosierdzia. Nie można jednak z tego wysuwać wniosków, iż zarówno zło jak i osoby potrzebujące miłosierdzia istniały od wieczności. Oto co na to Zabiełło:

 

“Kolejny argument Wiśniewskiego polega na podważaniu konieczności odwiecznego doświadczania miłości przez Boga. Wg Wiśniewskiego Bóg pewne swoje atrybuty posiadał tylko w formie potencjalnej. Tzn. były odwiecznie nieaktywne i urealniły się dopiero w momencie stworzenia innych bytów osobowych. Tym samym autor zaprzeczył swojemu początkowemu stanowisku wg którego Bóg w pełni doświadczał “miłości” lecz wykastrowanej z wszelkich relacji i więzi z innymi osobami. “

 

Mam wrażenie, że autor nie do końca zrozumiał to, co napisałem w swoim artykule. Wbrew temu co pisze, nie zaprzeczyłem bowiem swemu poprzedniemu stanowisku. Jest ono takie, iż Bóg posiada w sobie pewne atrybuty, które w zależności od sytuacji mogą się objawić lecz nie muszą. Przed dokonaniem stworzenia Bóg posiadał przymiot miłości (agape) skierowaną na samego siebie jak również na dobre zasady, którymi od wieczności się kierował. Bóg zawsze rozkoszował się w dobroci, miłości, sprawiedliwości, miłosierdziu pomimo tego, że niekoniecznie musiała istnieć osoba, której to miłosierdzie okazywał. Bóg także kochał samego siebie. Oczywiście nie mam tu na myśli miłości narcystycznej, egoistycznej czy też próżnej. W momencie zrodzenia Syna, Boża miłość Boga rozszerzyła się najpierw na Niego, potem na całe stworzenie: aniołów oraz ludzi. Powtórzę ponownie, ponieważ jest to dobry przykład: Bóg od początku posiada w sobie atrybut miłosierdzia. Mógł być on jednak „uaktywniony” dopiero wtedy gdy zaistniał obiekt tego miłosierdzia - wtedy bowiem pojawiła się tego konieczność. Jednak nie musiał od wieków istnieć ktoś kto miłosierdzia potrzebował. Bóg posiada litość. Nie oznacza to jednak, iż istniała konieczność istnienia przez wieczność kogoś, na kogo ta litość była skierowana. Bóg ma zdolność przebaczania, czy była ona aktywna zawsze? A może dopiero wtedy, gdy zaistniała konieczność przebaczania? Przykłady, które podałem jednoznacznie dowodzą tego, iż Bóg posiada sam w sobie pewne atrybuty, które niekonieczne musiały być zawsze aktywne, to jest skierowane na inny, osobowy obiekt. Innymi słowy: był podmiot litości, przebaczenia i miłosierdzia, nie było jednak jego osobowego przedmiotu. Co stoi na przeszkodzie by podobnie mogło być z miłością?

 

W poprzedniej części napisałem:

 

“Przykładem może tutaj być nienawiść. Nie ulega wątpliwości, iż Bóg nienawidzi grzechu. Czy oznacza to jednak, że przed stworzeniem musiało istnieć coś lub ktoś kogo Bóg nienawidzi? Oczywiście, że nie! Jednakże posługując się logiką Zabiełły takie coś musiało mieć miejsce. Nienawiść do grzechu i czynienia zła istniała w Bogu od zawsze, bo jest to coś co jest sprzeczne całkowicie z Jego natura. Jednakże uaktywniła się dopiero wtedy gdy grzech wszedł na świat. Bóg nie potrzebował wcześniej kogoś (lub czegoś), kogo by nienawidził.”

 

Co Jarosław Zabiełło skomentował:

 

“Przykład jaki podał Wiśniewski jest wysoce niefortunny, gdyż nienawiść nie jest bytem lecz pojęciem opisującym pewien stosunek do zła, grzechu. Nie istnieje żadna nienawiść w formie samodzielnej, tak jak nie istnieje zło w czystej postaci. Stąd takie pojęcia nie mogą być atrybutami […] ‘Nienawidzić zła’ jest obrazowym określeniem na brzydzenie się i stronienie od zła. Język biblijny jest językiem obrazowym i w ten sposób Bóg opisuje swoje uczucia w stos. do grzechu. Bóg nie brzydzi się człowiekiem grzesznym, lecz złem jakie czyni grzesznik.”

 

Nigdzie nie twierdziłem, iż nienawiść jest bytem. Nigdzie też nie zaprzeczałem, że nienawiść jest uczuciem, które opisuje negatywny stosunek do zła. Problem w tym, że owa nienawiść czyli „negatywny stosunek do zła” istniała w Bogu od zawsze. Innymi słowy, w Bogu zawsze istniała miłość do nieosobowych zasad dobrych i nienawiść do nieosobowych zasad złych. Przy pojawieniu się osób odrębnych od Boga, pojawiły się także obiekty, na które owa miłość bądź nienawiść były skierowane. W przypadku osób, które Bóg uznawał za swoje dzieci - ojcowska miłość. W przypadku upadłego stworzenia - miłosierna i litościwa miłość, w przypadku niektórych złych osób stających się Jego jawnymi i świadomymi przeciwnikami, z którymi zrosło się zło - Jego nienawiść. Fakt zewnętrznego ujawnienia się w Bogu nienawiści do zła (nieosobowego oraz osobowego) w pewnym punkcie czasowym nie determinuje wiecznego istnienia osobowego „kogoś”, ku któremu owo uczucie, jak to nazywa Zabiełło, miało się odwiecznie przejawiać.

 

Ponownie Zabiełło:

 

“Kiedy Biblia mówi, że Bóg “nienawidzi zła”, to nie chce powiedzieć, że Bóg jest przepełniony nienawiścią w stosunku do kogokolwiek, co niedwuznacznie sugeruje Wiśniewski.”

 

Oczywiście każdy nieuprzedzony czytelnik mojego wcześniejszego artykułu zauważy, że nigdzie nie „sugeruję niedwuznacznie”, że Bóg jest „przepełniony nienawiścią”. Sugeruję, iż Bóg z zasady nienawidzi grzechu a nie grzesznika i czyni wszystko aby grzesznika uratować. Jednakże zauważam także, iż jestestwo niektórych osób jest zrośnięte z grzechem (’ten kto kocha bezprawie’) i o takiej osobie Biblia mówi, iż Bóg jej nienawidzi (Psalm 11:5). Natomiast mam wrażenie, że Jarosław Zabiełło manipuluje czytelnikiem sugerując mi nauczanie, że Bóg jest „przepełniony nienawiścią”. Trudno przecież przychylać się do argumentacji kogoś kto twierdzi, iż ‘Bóg jest przepełniony nienawiścią do kogokolwiek’). Oskarżanie mnie o przypisywanie Bogu ‘atrybutu nienawiści’ jest o tyle intelekualnie nieuczciwe, iż Zabiełło wie, że jego wizja Boga któremu przypisuje wiecznotrwałe męczenie większości ludzi w piekle jest dużo bliższa przypisywaniu Bogu ‘atrybutu nienawiści’ niż moja. Ponieważ korzenie mojej teologii są badackie, Zabiełły zaś tradycyjnie ewangeliczne, więc dla każdego zorientowanego w problemie Czytelnika będzie oczywiste, kto tutaj przedstawia Boga jako mściwą i pozbawioną mądrości, sprawiedliwości oraz miłości istotę, a kto czyni dokładnie odwrotnie.

 

Jarosław Zabiełło kontynuuje: 

 

“Wiśniewski chce powiedzieć, że miłość w Bogu istniała odwiecznie jako uśpiony atrybut, jako pewna potencja Boga, która ożyła z chwilą stworzenia. Do momentu stworzenia, Bóg nie doświadczał egzystencjalnie fenomenu bycia kochanym i kochania. Znał to tylko “z teorii” tak jak z teorii ci którzy nie mają dzieci, wiedzą czym jest rodzicielstwo; lub znają kolory ci, co się narodzili ślepymi. Taka koncepcja Boga zakłada bardzo teoretyczne podejście Boga w kwestiach, których nigdy nie doświadczał. Wiśniewski przedstawia Boga jako osobę, która wypowiada się na temat owocu, którego nigdy wcześniej sama nie jadła”

 

Jest to bardzo chybiony zarzut. Autor popełnia tutaj dwa błędy. Pierwszy, to błąd konwersji. Przyjmując założenie (słuszne), iż Bóg nas stworzył na swój obraz i podobieństwo, dochodzi do tezy (niesłusznej), iż Bóg musi doświadczać zawsze takich samych uczuć jak ludzie, oraz, że ma dokładnie takie same potrzeby jak człowiek. Autor tworzy w ten sposób Boga na swój obraz i podobieństwo. Dla Jarosława Zabiełły Bóg do swojego szczęścia potrzebuje być kochanym przez innych ponieważ człowiek tego potrzebuje. Teza pociągająca ale skąd o tym wiadomo? To, że ja potrzebuję oddawać komuś cześć i uwielbienie (zakładając przy tym, iż zostałem stworzony na obraz Boga) nie dowodzi wszak, iż Bóg odczuwa również taką potrzebę (oddawania komuś czci i uwielbienia). Dla Zabiełły wiedza dzieli się na teoretyczną i praktyczną, ale skąd wie czy na taką dzieli się także wiedza Boga? Bóg nie zna wielu rzeczy z doświadczenia (jakbyśmy z naszego, ludzkiego punktu widzenia mogli powiedzieć). Nigdy nie zgrzeszył, nigdy nie miał dosłownej, osobowej żony, nigdy nie był dosłowną, osobową matką rodzącą dziecko. Ale jakoś wypowiada się na temat małżeństwa, żony, macierzyństwa i grzechu. Bóg nie jest seksualny, ale wypowiada się na temat seksu. Są owoce, których Bóg nie skosztował a jednak na ich temat ma swoje zdanie. Po prostu: Bóg wie, jest wszak naszym Stwórcą. To MY potrzebujemy pewnych rzeczy doświadczyć aby o nich wiedzieć. Nie sądze jednak by wiedza Boga dzieliła się tak jak u nas, na teoretyczną i praktyczną. Bóg wie z natury. I na tym całą sprawę można zakończyć…


Komentarze zostały wyłączone