Główna > Unitarianizm > Wieki późniejsze

Wieki późniejsze

30 grudzień 2016

Czwarty i piąty wiek były co prawda kluczowe dla sformułowania głównych punktów trynitologii oraz trynitarnej chrystologii, jednak nie zamknęły prób jej zrozumienia oraz dokładniejszego opisania i definiowania pojęć. Sławny Augustyn z Hippony poświęcił temu aż piętnaście ksiąg. Nie można też zapominać o Anzelmie z Canterbury, Tomaszu z Akwinu, czy też Boecjuszu, któremu zawdzięczamy do dzisiaj używaną definicję osoby jako „indywidualnej substancji natury rozumnej”.1 Problemem Trójcy zajmowało się wiele wybitnych umysłów usiłując w coraz większym stopniu ją definiować, wyjaśniać i bronić. Myliłby się jednak ten, kto sądziłby iż w związku z powyższym, trynitarianie są zupełnie jednomyślni w swych próbach rozumienia i przedstawiania tejże nauki. Napięcie pomiędzy akcentowaniem jedności Boga a troistości w Nim samym zaowocowało współczesnymi koncepcjami, które Dale Tuggy określił jako „teorie jednojaźniowe” (one-self theories) oraz „teorie trzyjaźniowe” (three-self theories).2Zwolennicy tych pierwszych (m.in. Karl Barth oraz Karl Rahner) krytykują termin „osoba” twierdząc, iż prowadzi on pośrednio do wiary w trzech Bogów. Zamiast tego proponują odpowiednio określenia „sposób bytowania” (Barth) lub „sposób subsystencji” (Rahner).3 Poniżej opinia dotycząca ich poglądów, przedstawiona przez znanego katolickiego teologa - Czesława Bartnika:

„Ogólnie przeciwnicy personalizmu trynitologicznego głoszą, że w Bogu nie ma troistości: świadomości, wól, podmiotów, ‘ja’ ani tym bardziej trzech centrów działania. Byłby to - według nich - tryteizm. W Bogu miałaby istnieć tylko jedna świadomość, jedna wola, jeden podmiot, jedno ‘ja’ i jedno działanie: unitas ad extra. Według K. Rahnera pojęcie ‘osoby’ rozbija Trójcę…”.4

Opinia całkiem słuszna. Dla Rahnera bowiem istnienie w Bogu „trzech różnych ośrodków świadomości i działania” skutkuje „heretyckim niezrozumieniem dogmatu”.5 Bóg jest więc jednym „ja” z jednym ośrodkiem świadomości, co z pewnością jest bliższe monoteizmowi. Z drugiej strony jednak, trudno nie oprzeć się wrażeniu, że takie stanowisko mocno zbliża się w kierunku modalizmu. Nic więc dziwnego, że spotyka się z krytyką teologów, którym bliższe jest określanie hipostaz w Bogu jako tradycyjnie rozumianych osób. W tym kierunku zmierzają choćby poglądy na Trójcę określane jako „trynitologia społeczna”. Negatywnie oceniają one zbytnie akcentowanie jedności Boga preferowane przez Kościoły łacińskie i bardziej skłaniają się ku ujęciu Kościołów Wschodu, uwydatniając istnienie trzech „ja” w Bogu i ich wzajemnych relacji. Do zwolenników tego poglądu należą między innymi Jurgen Moltmann oraz Richard Swinburne,6 oraz - kierując się bardziej w kierunku modelu relacyjno-jaźniowego - polski dogmatyk, Czesław Bartnik. Poniżej zarys jego poglądu:

 

„Trzeba powiedzieć, że w Trójcy są Trzy ‘Ja’ nie tylko jako trzy sposoby tego samego Istnienia, co byłoby modlizmem personalistycznym czy egzystencjalnym, ale także jako Trzej Realnie Istniejący… Każdy z Trzech i Wszyscy razem są jednym i tym samym istnieniem, ale relacyjnie są to Trzej Istniejący: Każdy jest jednocześnie swoim Istnieniem Osobowym”.7

Pojawiające się więc tu i ówdzie zarzuty stawiane unitarianom co do ich podziałów w poglądach chrystologicznych, mających być swego rodzaju dowodem na niebiblijność ich twierdzeń, wydają się mało przekonujące choćby w świetle przytoczonych różnic w obrębie samych trynitarian. Warto przy tym zauważyć, że o ile środowisko unitariańskie jest zróżnicowane co do kwestii natury Chrystusa czy też Jego preegzystencji, tym niemniej jest całkowicie jednorodne jeśli chodzi o zrozumienie jedności Boga JHWH - jest Nim jedynie Ojciec - absolutnie suwerenny i niezależny od wszelkich innych bytów, które to Jemu zawdzięczają swe istnienie. W przypadku trynitarian, te różnice nie ograniczają się jedynie do chrystologii (w której też występują), ale rozciągają się także na postrzeganie samego Boga, włączając w to ciągłe dryfowanie pomiędzy dwoma brzegami - modalizmem oraz tryteizmem.

Zachód a Wschód

Wśród niektórych chrześcijan trynitarnych panuje obecnie przekonanie, iż łaciński model Trójcy jest odmienny od modelu wschodniego i tylko ten ostatni jest ortodoksyjny i mający poparcie w poglądach wczesnego Kościoła. Taka postawa ma być swego rodzaju ucieczką przed wieloma argumentami jakie stawiane są przez środowiska unitariańskie, a które „łacinnikom” sprawiają wiele problemu. Czy jednak faktycznie ujęcie „wschodnie” na tyle różni się od „zachodniego”, iż stanowi nową, pozytywną jakość w apologetyce trynitarnej? Szczerze wątpię.

Nie ulega żadnej wątpliwości, iż w swej naturze Trójca „wschodnia” i „zachodnia” jest praktycznie taka sama. Podobieństwa obu modeli można ująć w następujący sposób.

- Bóg to trzy osoby (hipostazy) i jedna natura/substacja/istota (ousia)
- Każda z hipostaz jest wieczna
- Ojciec jest źródłem i przyczyną istnienia Syna i Ducha
- Ojciec odwiecznie rodzi Syna
- Duch jest odwiecznie tchniony przez Ojca
- Tylko Ojciec jest niezrodzony i nie pochodzący
- Tylko Syn jest zrodzony
- Tylko Duch jest pochodzący

Na czym miałaby więc polegać różnica? Z pewnością dotyczy ona problemu relacji Ojca i Syna w stosunku do Ducha Świętego. Według łacinników ten ostatni pochodzi od Ojca i Syna podczas gdy Wschód uważa, iż jedynie od Ojca. Jednak ta niezgodność nie wpływa aż tak bardzo na kwestię rozumienia samej Trójcy. Ważniejszą chyba rozbieżnością, którą czasami podkreślają osoby skłaniające się ku trynitologii prawosławnej, jest twierdzenie, iż to Ojciec jest jedynym Monarchą i Panem Trójcy, będąc źródłem i przyczyną istnienia Syna i Ducha. Osoby, które „odkrywają” Trójcę „wschodnią” często kładą nacisk właśnie na to ostatnie.8 Będąc bowiem przyczyną i źródłem bytu Syna oraz Ducha, Ojciec jest także od nich „wyższy” - jako jedyny jest On bowiem niezrodzony i nietchniony.

Niewątpliwie takie stanowisko skutkuje tym, iż niektóre teksty biblijne stają się łatwiejsze do obrony przed atakami unitarian. Można bowiem powiedzieć, iż Ojciec jest „większy” od Syna nie tylko ze względu na człowieczeństwo tego ostatniego (powszechnie stosowane tłumaczenie), lecz także jest od Niego wyższy jako Bóg Ojciec nad Bogiem Synem. Może posiadać więc od Syna (nie od Syna - człowieka, lecz od Syna - Boga) większą wiedzę, większą moc oraz większy autorytet.

Oba modele można zilustrować w trójkącie, którego najwyższym wierzchołkiem jest Ojciec a wierzchołki boczne to odpowiednio Syn i Duch. W modelu zachodnim trójkąt jest bardziej płaski, hierarchiczna różnica pomiędzy osobami mniejsza (o ile nie żadna). W modelu wschodnim górny wierzchołek jest wyżej.

Dodatkowo, o ile łacinnicy zwracają większą uwagę na jedność, i w definiowaniu Trójcy wychodzą właśnie od jedności natury i istoty, przechodząc do wyjaśnienia jak to jest możliwe w kontekście trzech osób, o tyle Grecy od początku podkreślają troistość właśnie, by na końcu przejść do wyjaśniania tego, co spaja ową troistość w jedność. Tak więc Zachód w swym wyjaśnianiu Trójcy i podkreślaniu jej jedności niemal zawsze będzie zdążał w kierunku modalistycznym, Wschód zaś - zwracając uwagę głównie na osoby i relacje między nimi - w kierunku tryteistycznym. Jeden z problemów trynitarnych polega na tym, że w doktrynie o Trójcy nie widać żadnych możliwości znalezienia „złotego środka”, który sprawiałby, że zarzuty stawiane modelowi zachodniemu i wschodniemu, straciłyby rację bytu. Im bardziej bowiem ta doktryna zbliża się do modalizmu tym jaskrawiej widać będzie jej kontrast z biblijnym przekazem rozróżniającym poszczególne osoby, co ów modalizm dewastuje. Z kolei im częściej i intensywniej podkreślać się będzie różnicę w relacjach między poszczególnymi hipostazami, tym bardziej uwidoczniona będzie sprzeczność z tekstami biblijnymi podkreślającymi jedność Boga oraz Jego absolutne atrybuty.

Problem polega także na tym, że nie do końca wiadomo, czy ów „subordynacjonistyczny” model wschodni, jest faktycznie ortodoksyjny w świetle dokumentów wczesnego kościoła, na które powołuje się zarówno Wschód jak i Zachód. Pewne jest to, że do 1054 roku, oprócz sporu o Filioque, nie było praktycznie żadnych kontrowersji co do pojmowania Trójcy przez dwie gałęzie ówczesnego chrześcijaństwa. Jest także prawdą, iż w niektórych pismach Ojców Kapadockich czy też innych wczesnych obrońców dogmatu trynitarnego, można znaleźć swoisty subordynacjonizm funkcjonalny osób boskich, choć oczywiście nie jest to subordynacjonizm ontyczny. Jednakże wszyscy zdają sobie sprawę, iż sformułowania przez nich używane, choć dały fundament pod nauczanie o Trójcy, nie były do końca dojrzałe ani precyzyjne. Z kolei mamy w posiadaniu dokumenty włączone do akt soborów powszechnych, które tezy o zróżnicowaniu w godności osób Bóstwa, głoszone przez dzisiejszych zwolenników Trójcy bardziej „monarchicznej”, stawiają pod znakiem zapytania. Jako przykład niech posłużą słowa zapisane w liście biskupów zebranych na soborze w Konstantynopolu w roku 381:

„My bowiem znieśliśmy prześladowania i ucisk, groźby władców, okrucieństwa urzędników i inne próby ze strony heretyków, przecierpieliśmy to dla wiary ewangelicznej, ustalonej w Nicei bityńskiej przez trzystu osiemnastu Ojców. Powinna być zaaprobowana i przez was i przez nas i przez wszystkich,m którzy nie zmieniają przewrotnie słów prawdziwej wiary; bowiem jest starożytna i wynika z chrztu świętego. Nauczyła nas wierzyć w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Wierzymy również w jedną Boskość, moc i substancję Ojca i Syna i Ducha Świętego, w równą godność i współwieczne panowanie, w trzy najdoskonalsze hipostazy to znaczy w trzy doskonałe osoby.”9

Zwraca uwagę stwierdzenie o równej godności i mocy trzech osób Boskich, co oczywiście jest ewidentnie sprzeczne z nauką o Ojcu stawianym w powyższych atrybutach wyżej od Syna i Ducha.

Podobna opinia znajduje się w dokumentach Soboru Chalcedońskiego. Zawarta jest w liście biskupa Rzymu - Leona, do biskupa Konstantynopola - Flawiana. Oto jego fragment:

„Gdy bowiem wierzy się w Boga: i Wszechmogącego i Ojca, wskazuje się tym samym na istnienie współwiecznego Mu Syna. Syn w niczym nie różni się od Ojca, ponieważ jest Bogiem z Boga, Wszechmogącym z Wszechmogącego, Współwiecznym - zrodzonym z Wiecznego. Nie jest późniejszym w czasie ani niższym potęgą, ani różniącym się chwałą ani oddzielonym istotą.”10

Tutaj również mamy do czynienia ze słowami o równej potędze i chwale oraz o braku jakiejkolwiek różnicy pomiędzy osobami Ojca i Syna. Oczywiście musi tutaj chodzić o brak różnicy w znaczeniu ontycznym („Bóg z Boga”) oraz funkcjonalnym („nie jest niższym potęgą…”). Jest to ewidentnie niezgodne z nauczaniem Wschodu różnicującym w potędze, godności i chwale Ojca oraz Syna i Ducha.

Trzecie świadectwo pochodzi z dokumentów II Soboru Konstantynopolitańskiego, który miał miejsce w 553 roku. Brzmi ono następująco:

 

„Jeżeli ktoś nie wyznaje, że Ojciec, Syn i Duch Święty mają jedną naturę czyli istotę, jedną moc i władzę, że są jedną Trójcą współistotną, jednym Bóstwem, które należy czcić w trzech hipostazach czyli osobach - niech będzie przeklęty.”11

Z przytoczonego fragmentu wynika, iż wierzono między innymi w „jedną moc i władzę” Ojca, Syna i Ducha, co stoi w sprzeczności z twierdzeniem o nadrzędności Ojca w tych aspektach w stosunku do Syna i Ducha. Wydaje się zatem, że ujęcie łacińskie, choć mające swoje własne problemy, jest bardziej zgodne z oficjalnymi dokumentami wczesnego Kościoła, choć niekoniecznie z pismami wybitnych greckich teologów tamtego okresu.

Model wschodni jest także kontrowersyjny z jeszcze jednej przyczyny. Choć w swej warstwie opisu hierarchii i funkcji osób w Trójcy jest z pewnością bliższy biblijnym wyrażeniom, jednakże zauważyć należy, iż z punktu widzenia ortodoksji trynitarnej naraża się na zarzut pozbawiania prawdziwej boskości Syna i Ducha. Trudno bowiem przy tego rodzaju doktrynie twierdzić, iż Syn posiada boskie atrybuty i naturę, skoro jest pozbawiony absolutnej suwerenności (Bóg Ojciec jest od Niego „większy”) oraz wiedzy (Bóg Ojciec góruje nią nad Bogiem Synem) czy też mocy (Bóg Ojciec posiada moc absolutną, podczas gdy Bóg Syn - jedynie „daną”). Innymi słowy, Wschód jest wierniejszy Biblii stawiając Ojca wyżej od Syna. Jednak wierząc przy tym w Trójcę osób boskich, rozrywa tak naprawdę jedność i boskość tejże Trójcy, niebezpiecznie dryfując w kierunku tryteizmu, a w zasadzie takim się stając. Trójcy bronić bowiem można jedynie wówczas, gdy każdej z osób przypisze się atrybuty rzeczywiście i w pełni boskie.

Warto w tym miejscu zwrócić uwagę także na to, że generalnie Trójcę udowadnia się dwojako: z atrybutów przypisanych Ojcu, Synowi a także Duchowi, oraz z tytułów im przysługujących. Jeśli trynitaryzm wschodni przyznaje, że jako Bóg, Syn i Duch nie posiadają atrybutów absolutnych, wyróżniających jedynie Boga i konstytuujących Jego istotę, to pozostaje jedynie udowadnianie „tytularne”, co z kolei samo w sobie jest mocno kontrowersyjne.12 Jeśli zatem Wschód przyznaje, że Syn posiada niższe atrybuty niż Ojciec, to skąd w ogóle wiadomo, że posiada naturę boską? Jeśli bożej naturze jako jedynej można przypisać wszechwiedzę i wszechmoc, to jak ktoś posiadający tą naturę nie posiada jednocześnie atrybutów tejże natury?

Protestantyzm

Nauka o Trójcy została niemal powszechnie przyjęta przez społeczności wyrosłe z pnia XVI-wiecznej reformacji. Spotkać ją można w zgromadzeniach, które przyjmują ją w formie symbolu atanazjańskiego, nicejsko-konstantynopolitańskiego, Westminsterskiego Wyznania Wiary bądź też ich luźniejszych modyfikacjach. W zasadzie nie będzie też przesadą stwierdzenie, iż prawie wszystkie protestanckie społeczności trynitarne utożsamiają się bardziej z jej modelem łacińskim niż greckim, co wynika z prostego faktu - reformacja wiązała się z konfliktem w obrębie chrześcijaństwa zachodniego. Na uwagę zasługuje także jeszcze jeden fakt dość mocno dostrzegalny we współczesnym ruchu ewangelikalnym oraz charyzmatycznym. O ile w „tradycyjnej”, wczesnej reformacji daje się zauważyć większą równowagę pomiędzy oddawaniem chwały i czczeniem różnych osób boskich, o tyle w jej dzisiejszej wersji rolę osoby, której głównie oddaje się cześć przejął Jezus. Gdy przekroczy się drzwi większości kościołów ewangelicznych w dniu niedzielnego nabożeństwa, trudno nie zauważyć, że zazwyczaj to do Niego kieruje się modlitwy i o Nim śpiewa pieśni. Z Nim wiąże się najcieplejsze uczucia i najgorętszą społeczność. Jego się głosi, Jego wywyższa i Jego stawia na pierwszym miejscu na wszelkiej maści ewangelizacjach. Trudno nie ulec więc wrażeniu, że Jezus w pewnym sensie zajął miejsce Ojca i zastąpił Go w sferze oddawania najwyższej chwały. Taka postawa jest oczywistym i jednoznacznym odwróceniem hierarchii przedstawianej w pismach Nowego Testamentu, w którym głównym odbiorcą czci i jedynym odbiorcą najwyższej czci jest Ojciec właśnie, choć i Syn również odbiera uwielbienie.

Ta nie znajdująca potwierdzenia w Biblii zamiana miejsc Ojca i Syna, ma także jeszcze inne konsekwencje. O ile w społecznościach ewangelikalnych mało (jeśli w ogóle) wspomina się o Trójcy jako takiej, o tyle funkcjonowanie Pana Jezusa jako Boga Najwyższego (często, jak pisałem wcześniej, idące w parze z faktycznym usuwaniem Ojca na drugie miejsce) powoduje ogromne problemy w próbach dotarcia do tych środowisk z nauczaniem o tym, iż to Ojciec jest jedynym prawdziwy Bogiem (Jan 17:1-3). W takiej atmosferze bowiem, wszelkiego rodzaju usiłowania wskazywania na nadrzędną rolę Ojca i konieczność postawienia Go na pierwszym miejscu, skutkują często bardzo emocjonalnym odrzuceniem wszelkich argumentów, kojarzonych z próbą usunięcia Jezusa z dotychczas zajmowanej pozycji. Wierzący o tego rodzaju poglądach i praktykach, zachowują się wówczas tak jakby ktoś próbował im ukraść najbliższą, najbardziej ukochaną osobę, która jest centrum ich chrześcijańskiego życia. Tylko czy faktycznie Nowy Testament prowadzi nas w tym kierunku, by to Pan Jezus był dla nas osobą najważniejszą - ważniejszą nawet od Ojca? Postawa takich osób jest dość podobna (zachowując wszelkie proporcje) do emocjonalnego związku przeciętnych rzymskokatolików z Marią i kultem związanym z jej osobą. Bywa bowiem regułą, iż w zwyczajnym, ludowym podejściu do wiary rzymskokatolików, to de facto ona staje się głównym adresatem modlitw, próśb i czci. Analogiczna sytuacja, choć w tym przypadku związana z Panem Jezusem, występuje w większości społeczności ewangelicznych. Trzeba dużego umiłowania Pisma i czasami twardego postanowienia postawienia Biblii ponad swoje własne uczucia, by móc odciąć się od od wyżej wspomnianej postawy - postawy niebiblijnej, choć związanej z emocjami i przyzwyczajeniami bardzo mocno.

Oczywiście - pragnę podkreślić to jeszcze raz - nie uważam, że Pana Jezusa nie należy czcić, wielbić, śpiewać Mu pieśni czy też się do Niego modlić. Sądzę, że Nowy Testament takie postawy promuje. Jednak zawsze muszą być zachowane odpowiednie akcenty, które możemy dostrzec w Biblii i to na nich oprzeć swoje praktyki w tym względzie. W tym przypadku sprawa wydaje się być jasna i oczywista - choć Zbawiciel godzien jest chwały i uwielbienia, to jednak zawsze Ojciec jest na pierwszym miejscu (1Kor. 11:3; 15:27). Jeśli więc, drogi Czytelniku, jesteś chrześcijaninem związanym z tego rodzaju społecznościami, warto byś zdał sobie pytanie, czy Twoja wiara i praktyka związana z czczeniem Ojca i Syna, jest taka sama jak ta, która jest opisana na kartach Nowego Testamentu? Wierzę, że masz społeczność z Synem, ale jak wygląda Twoja społeczność z Ojcem, w świetle słów, które na ten temat wygłaszał Pan Jezus czy też apostołowie? Kto jest głównym adresatem Twoich modlitw? Kogo głównie wywyższasz w pieśniach? Kto jest według Ciebie godzien najwyższej chwały?

Podsumowanie

W wielkim skrócie prześledziliśmy historię wczesnego chrześcijaństwa związaną ze sporem trynitarnym oraz chrystologicznym. Ustalenia obozu trynitarnego wypracowane w ramach tego konfliktu w skondensowanej formie prezentują się następująco:

Trójca - jeden Bóg

- jedna boska natura/istota/esencja
- trzy boskie osoby (hipostazy) - Ojciec, Syn, Duch Święty
- Ojciec, Syn i Duch Święty - bez początku
- Ojciec, Syn i Duch Święty - równa godność, chwała i potęga

Ojciec

- odwiecznie istniejąca pierwsza osoba Trójcy
- źródło istnienia Syna i Ducha
- odwiecznie rodzący Syna oraz odwiecznie „tchnący” Ducha

Syn Boży

- odwieczny (nie mający początku) Logos - druga osoba Trójcy
- odwiecznie zrodzony przez Ojca
- przyjął ciało z ludzką duszą i inteligencją
- od tego momentu egzystuje w dwóch naturach - boskiej i ludzkiej
- jest jedną osobą - boską
- ma dwie wole - boską i ludzką

Duch Święty

- odwieczny (nie mający początku) Duch - trzecia osoba Trójcy
- odwiecznie tchniony przez Ojca

Tak jak wspominałem wcześniej, powyższe ujęcie powstało wśród gorących sporów i podziałów. Spoglądając na pozabiblijne piśmiennictwo wczesnochrześcijańskie oraz na historię Kościoła do roku 325, do czasu zwołania soboru w Nicei przez cesarza Konstantyna Wielkiego, widzimy świat, o którym można powiedzieć absolutnie wszystko, tylko nie to, że jest monolitem doktrynalnym. Początki to z jednej strony silne tendencje adopcjanistyczne judeochrześcijan, przejawiające się też wśród niektórych wierzących pochodzenia pogańskiego, z drugiej strony powszechność monarchianizmu opisywana przez Tertuliana, z trzeciej zaś chrystologia anielska13 oraz chrystologia Logosu, które wydają się być prekursorami późniejszego arianizmu. To wszystko wśród środowisk próbujących wypracować jakąś spójną doktrynę lawirując pomiędzy modalizmem a tryteizmem czy też dyteizmem. Do tego dochodzi wspomniany problem ze spuścizną literacką tamtych czasów, mocno skażoną niszczeniem dzieł konkurencji oraz przeróbkami tych, do których w części się przyznawano.

Jest oczywistością, że dzisiejsza ortodoksja próbuje spoglądać na to wszystko przez pryzmat jednolitego Kościoła, który po prostu co chwila musiał się zderzać z herezjami i z nimi walczyć. Problem w tym, że to co dzisiaj określa się mianem herezji, niekoniecznie było nią w czasach dawniejszych. Bo jakie kryterium herezji przyjąć? Jeśli miałoby to być kryterium większości, to wspominany wcześniej cytat Tertuliana14 dowodzi, że monarchianizm był w pewnym czasie najbardziej rozpowszechniony. Kryterium sądu papieża Rzymskiego? To zwyczajny anachronizm. Kryterium synodów? Tylko których? Tych proariańskich czy antyariańskich?

Mówi się, że historię piszą zwycięzcy i zdaje się to być prawdą w naszym przypadku. W IV i V wieku zwyciężył nurt nicejski, w wielkiej mierze dzięki pomocy władzy świeckiej, i to on ukształtował chrześcijaństwo w znacznej mierze aż do dni dzisiejszych. To on zdefiniował kto był heretykiem, kto ortodoksem. On określił, które dzieła należy zniszczyć a które zachować dla potomności. On zwoływał synody, on decydował, które z nich były autorytatywne, on nadawał im miano soborów powszechnych i on formułował na nich wyznania wiary. On wyklinał i on przywracał do łaski - nierzadko przy użyciu ognia i miecza. Bardzo często bowiem zamiast siły argumentu pojawiał się argument siły, a ci, którzy wcześniej byli prześladowani przez cesarski Rzym, z owym prześladującym państwem w dużej mierze się związali, by stopniowo stać się z nim tożsamymi.

I choć czasami można spotkać się z opinią, iż Kościół wkroczył w IV wiek jednorodny w swych opiniach chrystologicznych, a osobą która wprowadziła do niego zamęt i zamieszanie był Ariusz, z punktu widzenia faktów zdaje się to być fikcją. Dla niektórych dzisiejszych trynitarnych apologetów poglądy Ariusza pojawiły się nagle i niespodziewanie i od początku traktowane były jako heretyckie. Historia dowodzi jednak, iż mamy do czynienia z sytuacją inną - to właśnie brak jednorodności w poglądach dotyczących Boga i Jego relacji z Chrystusem objawił się tym, iż arianizm okazał się tak silny i popularny, że prawie podbił całą wschodnią część chrześcijaństwa. Za arianizmem stawali biskupi, prezbiterzy, diakoni oraz prosty lud. Przeciwko atanazjanom opowiadały się także niektóre synody tamtych czasów. Trudno więc przypuszczać, że mieliśmy do czynienia z nowinką teologiczną. Raczej bliższy prawdzie wydaje się pogląd, iż po okresie prześladowań, w czasach gdy Kościół zaczął nawiązywać bliższe kontakty z Cesarstwem, sprawy teologiczne okazały się ważniejsze i w interesie cesarza oraz Kościoła leżało doprowadzenie do jedności i zgodności doktrynalnej całej nowej państwowej religii Cesarstwa. I ta władza, koniec końców, okazała się sprzyjać atanazjanom.

Niezmiernie ważna jest też sprawa kondycji duchowej Kościoła po staniu się religią państwową, czy też panującą. Trudno byłoby opisywać ją w jakichś wielce pozytywnych słowach. O upadku duchowości i stopniowo postępującym zepsuciu mogą świadczyć szokujące słowa Aleksandra Krawczuka, opisujące wydarzenia z roku 366, a więc mające miejsce w trakcie kontrowersji ariańskiej:

 

„Na biskupa Rzymu po śmierci Liberiusza został wybrany przez większość Damazy I, jego wszakże rywal Ursynus nie ustępował. W mieście nieustannie dochodziło do krwawych walk. W jednym tylko dniu i w jednym tylko kościele, poświadcza Ammian Marcellin, wymordowano 137 osób. Zdaniem wszakże tegoż historyka, świadka wydarzeń, było o co walczyć, biskupi stolicy bowiem mieli do dyspozycji ogromne bogactwa, głównie dzięki ofiarności pobożnych niewiast, występowali więc we wspaniałych szatach, a wydawane przez nich uczty przewyższały cesarskie. Jakże inaczej, biada Ammian, żyli niegdyś biskupi prowincjonalni, skromni, ubodzy, pokrni, ludzie prawdziwie czyści i godni szacunku. W ciągu zaledwie pół wieku, od edyktu z roku 313, Kościół rzymski przeszedł zaiste długą drogę.”15

Pozostaje więc ważne pytanie: czy to co stało się z chrześcijaństwem począwszy od IV wieku aż do Reformacji można nazwać wzrastaniem w coraz jaśniejszym świetle prawdy Bożego Słowa czy też może powolnym wchodzeniem w ciemność i mrok? Czy rzeczywiście na „złoty wiek” chrześcijaństwa patrzymy przez pryzmat jego istnienia w pierwszych trzech wiekach, czy też w wiekach następnych? Jest swoistym chichotem historii, że pierwsze siedem soborów „niepodzielonego Kościoła” rozpoczyna się w Nicei (325) oraz kończy w Nicei (787). Pierwszy sobór daje życie nauce trynitarnej, ostatni sobór sankcjonuje oddawanie czci obrazom i posągom. Coś co rozpoczęło się w IV wieku ma swoją kontynuację w chrześcijaństwie idącym ramię w ramię z państwem, z bałwochwalstwem, instytucją papieską kontrolującą w owym czasie niemal cały chrześcijański świat i roszczącą sobie prawo do bycia namiestnictwem Chrystusa, z inkwizycją, stosami dla niewiernych oraz moralnym zepsuciem, które skłoniło Lutra do przybicia swoich 95 tez do drzwi katedry w Wittenberdze. Czy naprawdę czytając słowa zapisane na kartach Nowego Testamentu i opisujące życie ówczesnego Kościoła oraz przykładając ten wzór do Kościoła egzystującego od IV wieku można powiedzieć, że mamy do czynienia z takim samym, nowotestamentowym Kościołem? Czy też może z przepowiedzianym przez ten Nowy Testament odstępstwem (Dz.Ap. 20:29-30; Mat. 13:24-25; 2Piotr 2:1-2)?

Aby odpowiedzieć na te pytania skierujemy się do najbardziej miarodajnego źródła, które stanowić będzie główne kryterium osądu - do Biblii. Następne rozdziały pokażą wagę biblijnych argumentów przemawiających za unitarianizmem oraz omówią argumenty trynitarne.

Przypisy

1 Eligiusz Piotrowski, Traktat o Trójcy Świętej, Dogmatyka, Tom 4, Towarzystwo Więź, Warszawa 2007, str. 147.

2 Dale Tuggy, Trinity, 2013.

3 Dale Tuggy, Trinity, 2013, str. 5, 6.

4 Czesław Stanisław Bartnik, Dogmatyka Katolicka, Tom I, RW KUL, Lublin 2000, str. 230.

5 Franz Courth SAC, Bóg Trójjedynej Miłości, Pallottinum, Poznan 1997, str. 255.

6 Pełną listę poszczególnych koncepcji trynitarnych podaje Dale Tuggy w cytowanej już książce „Trinity”, którą szczerze polecam osobom zainteresowanym tematem. Teologów popierających model „społeczny/socialny” wymienia także Czesław Bartnik w Dogmatyce Katolickiej, Tom I, RW KUL, Lublin 2000, str. 219, 220.

7 Czesław Stanisław Bartnik, Dogmatyka Katolicka, Tom I, RW KUL, Lublin 2007, str. 228. Autor przyznaje przy tym, iż w dawnych trynitologiach, do których zalicza m.in. augustyńską i tomistyczną, Ojciec, Syn i Duch nie są osobami w dzisiejszym znaczeniu tego słowa, lecz raczej”konceptualnymi Relacjami Bóstwa”, tak jak „relacja umysłu do myśli, słowa do mowy” itd. - Dz. cyt., str. 230, 231.

8 Występuje tu oczywiście rażąca niekonsekwencja - jeśli ktoś jest źródłem i przyczyną czyjegoś istnienia, to poprzedza owego kogoś czasowo oraz udziela istnienia bytowi, który wcześniej nie egzystował. Nie można mówić w przypadku osób o źródle i przyczynie zaistnienia kogokolwiek, jednocześnie uważając, że ów ktoś, kto ma źródło i przyczynę swego istnienia w kimś innym, istnieje bez początku.

9 Arkadiusz Baron, Henryk Pietras, Dokumenty Soborów Powszechnych, Tom I, Wydawnictwo WAM, Kraków 2003, str. 81.

10 Arkadiusz Baron, Henryk Pietras, Dokumenty Soborów Powszechnych, Tom I, Wydawnictwo WAM, Kraków 2003, str. 199.

11 Arkadiusz Baron, Henryk Pietras, Dokumenty Soborów Powszechnych, Tom I, Wydawnictwo WAM, Kraków 2003, str. 285.

12 Więcej na ten temat w dziale poświęconym argumentom trynitarnym.

13 Czesław Bartnik zaznacza, iż chrystologia anielska do IV wieku rozwijała się „szeroko”. Zob. Czesław Bartnik, Dogmatyka Katolicka, Tom I, RW KUL, Lublin 2000, str. 750.

14 Tertulian, Przeciw Prakseaszowi, III.1-2, Wydawnictwo WAM, Kraków 1997, str. 38.

15 Aleksander Krawczuk, Kronika Rzymu i Cesarstwa Rzymskiego, Iskry, Warszawa 1997, str. 269, 270.


Komentarze zostały wyłączone